Przed kilkoma dniami dotarłem na szczyt wieży w Catherine i naszła mnie pewna refleksja. Dotychczas myśląc o grach logicznych, przed oczami stawały mi nieśmiertelny Tetris i Picross oraz mój ukochany Bill’s Tomato Game — wszystkie niepozorne i wciągające na długie godziny. Nowa gra Atlusa zupełnie zmieniła moje spojrzenie na ten gatunek, okazuje się bowiem że senne przesuwanie klocków można opakować w takie pudełeczko, że gra wciąga nie tylko z uwagi na samą rozgrywkę, ale i fabułę.
Powyższa zajawka to na dobrą sprawę pierwszy materiał promocyjny tytułu. Odbiła się w sieci szerokim echem — spodziewano się kolejnego RPG czy przygodówki, nikomu jednak nie przeszło przez myśl, że tym razem twórcy rewelacyjnej Persony zaserwują nam grę logiczną. Bo jakkolwiek na Kaśkę nie spojrzeć, to jest tylko, albo i aż, niepokojąca japońska układanka ociekająca seksem i intrygą. To właśnie przesuwanie niewielkich pudełek i wspinanie się po nich stanowi trzon gry; nagość i tajemnice są jedynie dodatkiem. Dodatkiem najwyraźniej na tyle intrygującym, że w Stanach Zjednoczonych gra sprzedała się w 200 tysiącach egzemplarzy już pierwszego tygodnia, zapewniając jej miano najlepiej sprzedającego się tytułu Atlusa. Pytanie roku, ludzie rzucili się na: grę logiczną, nową pozycję twórców Persony czy historię półnagiej dziewoi z trailerów?
Słysząc tu i ówdzie komentarze znajomych odnoszę wrażenie, że produkt jest promowany z naciskiem na jego fabułę, nie faktyczną rozgrywkę. Czy to dobrze? Nie wiem, sporo ludzi dało się już na to złapać i byli niezadowoleni. Ja z pełną świadomością odpaliłem układankę w interesującym opakowaniu, z tym że w życiu nie spodziewałem się, że ta otoczka będzie aż tak atrakcyjna!
Przy Catherine spędziłem w sumie nieco ponad piętnaście godzin. Przez ten czas wcieliłem się w postać zabawnego Vincenta i rozwiązywałem problemy przyjaciół, piłem alkohol, traciłem kontakt z rzeczywistością, zamartwiałem się oraz… przekładałem klocki właśnie. Oczywiście najwięcej czasu zeżarło mi dojście do tego, jak, gdzie i co poprzesuwać by dostać się na sam szczyt i nie spaść na dół, jednak nie będę ukrywał że nieco zeszło mi także na oglądaniu przygotowanych przez twórców przerywników fabularnych. Te oglądało się jak zwykłą japońską animację, bez szału, ale również zbytnego zażenowania. Ale może to dlatego, że swego czasu oglądałem naprawdę dużo kreskówek z Kraju Kwitnącej Wiśni? Ludzie którzy mają problem z tolerancją orientalnych akcentów powinni się dwa razy zastanowić, nim sięgną po przygody Vincenta.
Kto miał już styczność z tytułami Atlusa wie, że tworzą oni niesamowity klimat jakiego próżno szukać w innych produkcjach. Nie wiem czy jest to zasługa muzyki, wizualnych aspektów czy połączenie jednego i drugiego, ale jak zwykle po kilku minutach byłem grą bez reszty oczarowany. No ale tego opisać się nie da, trzeba przekonać się na własnej skórze.
Czy Catherine to dobra produkcja? Bez wątpienia. Czy godna polecenia? Tak! Myślę, powinien po nią sięgnąć każdy, kto lubi się nieco pogłowić. Z jednej strony zrobiona jest z pompą, wciąga i potrafi zainteresować; z drugiej ekstraktem jest tylko głowienie się nad odpowiednim ułożeniem klocków. Gra to dziwna, niecodzienna, ale z pewnością warta waszego czasu. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji (bo przecież europejska premiera dopiero w lutym), serdecznie polecam! Ja sam chętnie za jakiś czas do niej powrócę, tym razem ogarniając wszystko na wyższym poziomie trudności.
